Władza absolutna w Legii Warszawa

Władza absolutna – właśnie te słowa najlepiej określają rządy Ricardo Sa Pinto w Legii Warszawa. Rządy, bo jego działalność wykracza mocno poza trenowanie pierwszej drużyny.

  • Ricardo Sa Pinto jest trenerem, który nie wybacza. Powiększa się więc grono tych, których Portugalczyk bezwzględnie eliminuje.
  • Sa Pinto tym razem skreślił Arkadiusza Malarza. Nie powiedział mu jednak tego bezpośrednio, bo po przerwie świąteczno-noworocznej nie przyleciał do Polski, a czekał na zawodników w Portugalii.
  • Bywało, że asystent Sa Pinto wracał o 23 do klubu, bo szef zostawił kosmetyczkę. Przywozi też specjalne koktajle, parzy herbatę, dostarcza jedzenie.

W cztery miesiące Sa Pinto wcielił szereg zasad, rygorystyczny regulamin i przeprowadził rewolucję kadrową. I autokratycznie skreślił tych, których uznał za niepotrzebnych. Na razie metody się sprawdzają: Legia jest druga w lidze, a ci, którzy zostali przyjęci do jego "rodziny", jak mocno toksyczna by nie była, odwdzięczają się dobrą grą. Wystarczy spojrzeć na Dominika Nagya, Radosława Majeckiego czy Sandro Kulenovicia, właściciel klubu może być zadowolony, że Portugalczyk odmłodził skład.

 

Kolejni skreśleni

Ale powiększa się grono tych, których Sa Pinto bezwzględnie eliminuje. Wczoraj stało się jasne, że do tej grupy dołączył Arkadiusz Malarz – najlepszy bramkarz poprzedniego sezonu. W tym roku zawodnik skończy 39 lat, w meczach, w których jesienią dostał szansę, nie udowodnił, że zasługuje na miejsce w bramce. Decyzja Sa Pinto broniłaby się, ale niesmak budzi sposób, w jaki została przekazana. Jeszcze w niedzielę Malarz stawił się na badaniach w klubie. Brali w nich udział wszyscy, którzy mieli lecieć na zgrupowanie do Portugalii. Bramkarz wiedział, że na grę u Sa Pinto nie ma szans, jednak na obóz miał jechać – znajdował się na liście jako jeden z czterech golkiperów. Był gotowy do wyjazdu, kiedy dowiedział się, że zostaje w Polsce. Nie usłyszał tego bezpośrednio od trenera – ten do Polski nie przyleciał po przerwie świątecznej, czekał na zawodników na miejscu w Portugalii. Malarzowi pozostało się rozpakować i dziś stawić na treningu rezerw. Rezerw, które coraz bardziej przypominają ekstraklasowy zespół. Cristian Pasquato, Krzysztof Mączyński, Chris Philipps, Jose Kante – ich wszystkich Malarz tam spotka. To kolejni gracze skreślani przez Portugalczyka. Na obóz polecieli za to Michał Pazdan, Miroslav Radović i Kasper Hamalainen, którzy jesienią szans na grę nie dostali prawie wcale. Nie wiadomo jednak, ile czasu tam spędzą, niewykluczone, że Sa Pinto wymieni ich na zawodników z drugiego zespołu. 

 

Dziwne tłumaczenia

Pierwszym odstawionym był Mączyński. Już we wrześniu dowiedział się, że nie ma dla niego miejsca. Sa Pinto od początku alergicznie reaguje na wszelkie pytania dotyczące tego zawodnika. Decyzje tłumaczył dziwnie - twierdził, że miał zbyt wielu zawodników na treningach, co utrudniało mu przeprowadzanie ćwiczeń. I choć jesienią regularnie zapraszał na swoje zajęcia piłkarzy z rezerw (rekordowo nawet dziesięciu), gdyż brakowało mu zawodników, to nigdy Mączyńskiego nie przywrócił. 

Dla byłego reprezentanta miał następcę, zaraz po objęciu Legii sprowadził Andre Martinsa. Teraz na Łazienkowską trafiło dwóch kolejnych rodaków Portugalczyka: Salvador Agra i Luis Rocha. Co ciekawe, przy tych transferach pośredniczy człowiek, który współpracuje z Sa Pinto.

Łazienkowską po cichu opuścił też Krzysztof Dowhań – autorytet trenerski. Zdecydował się na operację, o której myślał od dawna, lecz zwlekał. Jesienią uznał, że to dobry moment, bo Sa Pinto ma swojego szkoleniowca bramkarzy, a rola Dowhania została bardzo mocno ograniczona.

Dla ludzi, którzy z Sa Pinto już się zetknęli, jego zachowanie nie jest niczym nowym. W październiku mówił o tym Bruno Venanzi, prezes Standardu Liege, w którym w poprzednim sezonie pracował Portugalczyk. – Ricardo Sa Pinto to trener z zapałem i pasją, ale

nie ma szacunku do pracowników klubu, innych szkoleniowców czy decyzji sędziów. Starałem się respektować jego zachowanie, ale mamy też w klubie pewne zasady, w których szacunek odgrywa ważną rolę – tłumaczył, dlaczego nie przedłużył z nim umowy.

Polaków zachowanie Sa Pinto oburza, za to jego portugalscy współpracownicy są do tego przyzwyczajeni. Asystent Rui Motta jest na jego każde skinienie. Bywało, że o godzinie 23 wracał na Łazienkowską, bo jego szef zostawił kosmetyczkę, musiał mu ją dostarczyć do mieszkania. Przywozi specjalne koktajle, parzy herbatę, dostarcza jedzenie – Sa Pinto przywykł, że ludzie dookoła są po to, by mu służyć. I tak też ich traktuje. Jedność, o której opowiada, jest pozorna, zbudowana przede wszystkim na strachu.

 

Trener, który nie wybacza

Sa Pinto uwielbia mówić o rodzinie, którą ma być jego drużyna. Tyle że jest w niej surowym ojcem, który nie wybacza najmniejszej niesubordynacji. I który chce wiedzieć wszystko. O wprowadzonym regulaminie wśród innych ligowców krążą legendy – w żadnym innym zespole nie ma takich zasad. Jedną z nich jest zakaz oddalania się od klubu (nawet w dniu wolnym) na odległość większą niż 30 km. Portugalczyk wprowadził go po tym, jak William Remy wolny weekend wykorzystał na pobyt w Paryżu. Ofiarą tego zapisu stał się Kante. Podczas listopadowej przerwy na mecze kadry napastnik chciał polecieć do syna w Hiszpanii. Legioniści ostatnie spotkanie przed przerwą rozgrywali w Szczecinie i Kante już wcześniej wykupił lot z Berlina, bo tam miał najbliżej. Po meczu z Pogonią wyjechał, wbrew regulaminowi. Sa Pinto mu tego nie wybaczył. Po starciu z Portowcami wpuścił tylko na kilka minut w spotkaniu z Lechią (0:0), teraz zawodnik usłyszał, że może szukać nowego pracodawcy. 

Piłkarze płacą kary za najmniejszą niesubordynację. Jeśli nie odbiorą telefonu od sztabu, kosztuje ich to kilkaset euro. Bez zgody Sa Pinto nie mogą rozmawiać z dziennikarzami – Portugalczyk osobiście wybiera, kto z którym przedstawicielem mediów może się spotkać.

Chce mieć kontrolę nad wszystkim – po klubie krążyła informacja, że kiedy zamieszkał w apartamencie przy ul. Złotej, zażądał, by klub dowiedział się, kim są jego sąsiedzi. Zabronił również podawania swojego numeru telefonu, który znają nieliczni.

Dyktatura na razie się sprawdza – Legia za jego rządów wygrała 12 z 20 spotkań. Wynik dobry, jednak na razie niewiele pokazujący. W poprzednich latach regułą się stało, że zespół z Łazienkowskiej zawodził do września, od października zaczynał wygrywać, niezależnie czy prowadził go Jacek Magiera, Stanisław Czerczesow czy nawet Romeo Jozak. Weryfikacja przychodziła wiosną, co najlepiej pokazał przykład Chorwata, zwolnionego w kwietniu ubiegłego roku. Skuteczność metod Sa Pinto będzie można więc oceniać po zgrupowaniu w Portugalii, które zaczęło się wczoraj. Zresztą o obozie będzie wiadomo bardzo niewiele – większość treningów ma być zamknięta, podobnie jak sparingów. Żaden trener w Polsce nie izoluje tak swojego zespołu jak Sa Pinto. 

Trener Legii ma na to jednak zgodę właściciela Dariusza Mioduskiego, który jest zadowolony, że może się skoncentrować na biznesie, a nie problemach w klubie. Ale oddanie władzy w ręce Portugalczyków może być równie ryzykowne jak bałkański projekt. Szczególnie, gdy ma się do czynienia z człowiekiem tak wybuchowym jak Sa Pinto, który w żadnym klubie nie pracował dłużej niż dziesięć miesięcy.

Autor: 
Iza Koprowiak
Źródło: 

Onet

Dział: 

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
2 + 5 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.