Próba odmrożenia tenisa, która okazała się kompletną farsą

Adria Tour miał być pokazem siły sportu oraz wyjściem naprzeciw koronawirusowi. Okazało się jednak, że fakt szalejącej pandemii odstawiono na bok, a w rezultacie doszło do zakażeń Covid-19. Wiadro pomyj wylano w tym przypadku na Novaka Djokovicia, bo to on (a dokładniej rzecz ujmując, jego fundacja) był organizatorem całego zamieszania.

 

Serbski tenisista od początku był sceptyczny wobec wszystkich obostrzeń, wymogów sanitarnych, jak i względem samego koronawirusa. Jego zdaniem zagrożenie nie było aż tak duże, jak mogłoby się wydawać. Novak powiedział nawet, że nie zaszczepi się na Covid-19, nawet jeśli byłoby to wymagane. W obliczu wstrzymania sportu, w głowie Djokovicia pojawiła się myśl zorganizowania cyklu turniejów. Wymyślono więc Adria Tour. Na początku, wydawało się, że Serb wygra na tym marketingowo, i zostanie skojarzony ze wznowieniem sportu. Wielu zmieniło swoje zdanie zaraz po pierwszym dniu zmagań. Przyznam się osobiście, że na początku myślałem, że kibice na trybunach są wygenerowani komputerowo. Szybko przekonałem się, że to nieprawda, bo podczas gdy w Polsce stadiony pozostały zamknięte, w Serbii był niemalże komplet publiczności. Sprawę koronawirusa pozostawiono nie na drugim planie, lecz wyglądało to tak, jakby o nim kompletnie zapomniano. Obostrzenia były znikome, o ile nie było ich wcale. Szybko pojawiło się więc pytanie: Co wygra? Chęć szybkiego wznowienia sportu oraz reklama Serbskiego mistrza, czy aspekt zdrowotny zarówno w przypadku zawodników, jak i widzów?

   Pierwszy turniej w Belgradzie, mógł się podobać. Forma tenisistów stała na w miarę przyzwoitym poziomie. Cała formuła rozgrywania meczów do czterech, a nie do sześciu wygranych gemów w secie, także znalazła sympatyków. W telewizjach sportowych wreszcie mogliśmy oglądać zmagania na żywo. Natomiast to, co stało się  w Zadarze, zaszokowało cały sportowy świat. Jako pierwszy zarażenie ujawnił bułgarski tenisista Dimitrow. Odwołano więc finał, a tenisowe święto ogarnęło przerażenie, bo ilości uścisków dłoni, rozdanych autografów i osób, z którymi Bułgar miał styczność, nie obliczyła by żadna maszyna. Oczywiście na nim się nie skończyło, bo w kolejnych dniach następni tenisiści dzielili się wynikami swoich testów. Sam Djoković, który w Chorwacji był witany co najmniej jak wiceprezydent Serbii, ogłosił, że wraz ze swoją żoną mają pozytywne wyniki na obecność Covid-19.

   „Czyli klapa”, można by było najłatwiej skomentować. Koronawirus zrównał pomysł Djokovicia z ziemią. Tysiące osób, które na Adria Tour przyjechało zrobić sobie zdjęcie lub dostać autograf od swojego idola, obecnie drżą o swoją przyszłość, bo nawet nie wiedzą kiedy mogli się zarazić, choćby przez dotknięcie klamki. Na Novaka wylała się fala krytyki za zlekceważenie wszelkich zalecanych obostrzeń, jak choćby odstępu dwóch metrów, bo bawiąc się w nocnym klubie w Belgradzie, po zakończonym turnieju nikt nie trzymał odległości. Oczywiście nie brakuje teorii spiskowych. Jedna z nich, mówi, że postanowiono ukarać Serba za lekceważenie pandemii, przylepiając do niego kartkę z napisem: Zakażony koronawirusem. Najwierniejsi fani w to wierzą, ja nie (może dlatego, że nie jestem wielkim fanem Novaka).  Uważam, że za brak jakichkolwiek restrykcji przy tak wielkim przedsięwzięciu, jakim był Adria Tour, spotkała kara.

   Novak Djokowić był odrodzicielem tenisa przez około tydzień, potem okazało się, że koronawirus istnieje, a ryzyko zarażenia jest większe, niż się mu wydaje. Nie chce obrzucać kamieniami Serba, ani go nadmiernie krytykować, bo chciał dobrze, lecz wyszło, jak wyszło. Próba zagrania na nosie organizatorom szlema w Nowym Jorku, jak i całemu ATP nie powiodła się, a pomnik, który Nole budował przez te wszystkie lata, powoli zaczyna się chwiać. Oby ustał on w miejscu oraz obyśmy za rok zapomnieli już o tym fatalnym przedsięwzięciu, jakim był Adria Tour.

Autor: 
Jarosław Truchan

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
4 + 6 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.