Kryształowe kule rozdane. Podsumowanie biathlonowego sezonu 2020/2021

Fot: źródło

W ubiegłą niedzielę w szwedzkim Östersund zakończył się sezon pucharu świata w biathlonie. Emocje związane szczególnie z triumfem w klasyfikacji generalnej u panów zwieńczyły cztery miesiące zmagań najlepszych biathlonistów i biathlonistek. Jest to dobry czas na podsumowanie tego, co działo się na trasach. 

   Absolutną dominatorką u kobiet w tym sezonie była Tiril Eckhoff. Norweżka nie pozostawiła rywalkom złudzeń co do tego, kto jest obecnie najlepszą zawodniczką na świecie. Na podium końcowej klasyfikacji znalazły się również Marte Olsbu Roeiseland oraz Franziska Preuss, ale zostały one przyćmione przez Eckhoff. W minionym sezonie mieliśmy również parę zaskoczeń, rarówno tych pozytywnych, jak i negatywnych. Do tej pierwszej grupy z pewnością możemy zaliczyć Dzinare Alimbekave. Młoda Białorusinka była najlepsza z zawodniczek poniżej 25 roku życia. Szczyt jej formy przypadł na początek sezonu, przez co nie byliśmy pod wrażeniem jej występów na mistrzostwach świata.

Mimo tego Alimbekava przestała już być zawodniczką, która swoje szansę zaprzepaszcza notorycznie pudłując na strzelnicy. Owszem, zdarzyło się jej parę wpadek, ale sezon 2020/2021 może ona zaliczyć jak najbardziej na plus. Nie tylko Alimbekava, ale i cała kadra Białorusinek zaliczyła spory progres w tym sezonie, co napawa ich optymizmem przed przyszłorocznymi Igrzyskami Olimpijskimi. Z formą idealnie wstrzeliła się za to Lisa Theresa Hauser. Świetna dyspozycja Austriaczki zaczęła się w Oberhofie, a jej potwierdzeniem był złoty medal w biegu masowym na mistrzostwach świata. Niestety byliśmy również i rozczarowani postawą niektórych zawodniczek. Do tego grona na pewno zalicza się Dorothea Wierer. Zwyciężczyni dużej kryształowej kuli za poprzedni sezon  z pewnością sama od siebie oczekiwała czegoś więcej niż tylko jednego zwycięstwa w ubiegłym sezonie. Czeka ją teraz solidne wyzwanie z postaci zbudowania najlepszej możliwej dyspozycji przed kolejnym, olimpijskim sezonem. 

   U panów walka o końcowy triumf w klasyfikacji generalnej trwała aż do ostatniego biegu. Walkę o kryształową kulę toczyli między sobą dwaj Norwedzy: Johannes Boe oraz Sturla Holm Laegreid. Łącznie więcej punktów zdobytych miał Boe i to on na pierwszy rzut oka wydawał się być lepszy. Lecz klasyfikacja końcowa w biathlonie rządzi się swoimi prawami: Po końcu sezonu z dorobków zawodników odejmowane są punkty za cztery najgorsze biegi. Johannes był o wiele bardziej konsekwentny w swoich startach, nigdy nie schodził poniżej 8 miejsca. Na skutek tego po odjęciu czterech najgorszych startów z jego konta znikała masa punktów. Inaczej miało to się w przypadku Laegreida, któremu przytrafiło się parę wpadek, przez co miał mniej odjętych punktów. Do ostatniego biegu z tym sezonie zasiadaliśmy z kalkulatoramii w rękach, przed nim po odjęciu najgorszych startów różnica wynosiła jeden punkt na korzyść Laegreida. Ostatecznie wszystko zweryfikowała trasa i strzelnica. Królem tego sezonu został Johannes Boe, który przybiegł na metę jako pierwszy z nich. Po odejściu Martina Fourcada obawialiśmy się, że męski biathlon stanie się dominacją Johannesa Boe, przedstawieniem jednego aktora. Nagle znikąd wyrósł mu poważny konkurent, który na pewno będzie go zmuszał do jeszcze większego wysiłku na treningach. Sama postawa Boe w ubiegłym sezonie pozostawiała wiele do życzenia. Norweg często pudłował na strzelnicy, przez co nie odnosił tak wielu zwycięstw, jak w poprzednich latach. My jako widzowie czerpaliśmy z tego korzyść mogąc emocjonować się jego pojedynkami z kolegą z reprezentacji. Na minus w ubiegłym sezonie wypadli Francuzi. Będzie im bardzo ciężko wypełnić pustkę po M.Fourcadzie. Zdarzało im się co prawda parę przebłysków formy w ubiegłym sezonie, ale wciąż pozostają tylko w cieniu Norwegów. 

   Jeśli chodzi o reprezentacje Polski, to ten sezon jest do zapomnienia. Zarówno nasze reprezentantki, jak i reprezentanci w ubiegłym sezonie spisywali się bardzo słabo (poza jednym 6 miejscem Moniki Hojnisz-Staręgi i tą samą pozycją wywalczoną przez naszą kobiecą sztafetę na mistrzostwach świata). Efektem tego było zwolnienie trenerów zarówno pań, jak i panów. Jest to bardzo ryzykowny ruch, jak na moment, w którym się znajdujemy, ale oby skutkowało to dobrymi wynikami na przyszłorocznych Igrzyskach. 

   Sezon 2020/2021 to już historia. Czekamy teraz z niecierpliwością na końcówkę listopada i start kolejnych zmagań. Na zawodników po wakacjach czeka okres przygotowawczy, który należy solidnie przepracować, jeśli chcą dobre zaprezentować się w przyszłym sezonie, którego ukoronowaniem będą Igrzyska Olimpijskie w Pekinie. 

 

 

Autor: 
Jarosław Truchan

Dodaj komentarz

CAPTCHA
Przepisz kod z obrazka.
1 + 1 =
Rozwiąż proszę powyższe zadanie matematyczne i wprowadź wynik.